czwartek, 3 września 2015

Na zielonej Ukrainie…

                Kilka następnych postów poświęcę Ukrainie. Już od dłuższego czasu zastanawiałam się nad wizytą w tym kraju, więc kiedy pojawiła się okazja wyjazdu, skrzętnie z niej skorzystałam. Zwłaszcza że w programie pobytu były odwiedziny w Przemyślanach (obecnie Peremyszlany), z których pochodziła moja mamusia. Sporo osób, które usłyszały, że tam się wybieram, nie ukrywało zdziwienia i zaniepokojenia. – Przecież tam jest wojna, nie boisz się? – słyszałam. Walki na Ukrainie faktycznie są, ale we wschodniej części, a jak się okazało zachodnia Ukraina jest spokojna i w miarę bezpieczna.


Panorama Lwowa z Zamkowego Wzgórza
                Co mnie zaskoczyło w tym kraju? Jest czysto. W rowach nie leżą śmieci, w miastach i wioskach też ich nie ma. Miejscowi potrafią zwrócić uwagę osobie, której zdarzy się wyrzucić np. papierek czy niedopałek na ziemię (byłam świadkiem takiej scenki – upomniany się nie oburzył, tylko grzecznie wrzucił papierek do kosza). Inna rzecz to ochrona środowiska. Z tym to jeszcze długo będą do tyłu.
                Jeździłam głównie po Podolu. Wsi nie widać. One oczywiście są, ale położone w dolinkach pojawiają się dopiero, gdy się do nich dojeżdża. I Ukraina jest rzeczywiście zielona. Oprócz dużych miast, gdzie w centrach jest stosunkowo mało zieleni, w małych miejscowościach praktycznie przy każdym domu jednorodzinnym (a jest ich bardzo dużo) jest ogród, w którym rosną drzewa owocowe (jabłonie, śliwy, wiśnie) oraz uprawiane są buraki, fasola, kapusta, ogórki i dynie. Bardzo dużo pól leży odłogiem. Na polach pracuje zwykle sprzęt, jaki w Polsce spotyka się już dość rzadko. Nowoczesnych kombajnów było jak na lekarstwo. Natomiast bardzo często spotykało się wozy ciągnięte przez konie. Niezwykły widok sprawiały też samochody z instalacją gazową – butle (takie jak u nas są np. do acetylenu) zamontowane były często na samochodach. 


Widok na dolinę Dniestru w pobliżu Halicza


Podole, a właściwie Gołogóry w pobliżu Przemyślan
                W zachodniej Ukrainie bez problemu można się porozumieć po polsku. Większość tubylców rozumie ten język. Z rosyjskim jest trochę gorzej, ale odniosłam wrażenie, że niektórzy udają, że nie rozumieją rosyjskiego. Sam ukraiński przypomina rosyjski pomieszany z czeskim i polskim (to oczywiście moje wrażenie). Ogólnie miejscowi są raczej pozytywnie nastawieni do Polaków (fakt, że nie natrafiłam na tamtejszych narodowców).

Takie domki z ogródkami to na zachodniej Ukrainie standard. Te są jeszcze spore, bywają też całkiem malutkie

                Ciekawie wyglądają cerkwie, które stawiają tam dosłownie wszędzie. Nieważne, że w danej miejscowości jest piękna zabytkowa cerkiew. Obok niej najczęściej stoi już nowa, większa i z kopułami w kolorze srebrnym lub złotym. Bardzo nas zastanawiało, dlaczego te kopuły się tak silnie błyszczą. Widać je było z daleka. Okazuje się, że pokrywane są specjalnie galwanizowanymi blachami, które mają w takim stanie wytrzymać wiele lat. Poza tym to pokrycie jest bardzo tanie.

Na Ukrainie takich cerkwi z błyszczącymi z daleka, srebrnymi lub złotymi kopułami jest mnóstwo


                Co mi się na Ukrainie nie podobało? Kult Bandery i banderowców. Praktycznie w każdej miejscowości jest jak nie pomnik, to co najmniej tablica poświęcona temu człowiekowi. Oprócz obowiązkowe są pomniki Tarasa Szewczenki i Iwana Franka. To jest takie szukanie „na siłę” narodowych bohaterów. Ukraińcy usiłują też napisać historię „po nowemu”. Przewodnicy ukraińscy mówią wyłącznie o zasługach Ukraińców (?). Nie ważne jest dla nich to, że to Polacy, Żydzi, Niemcy czy Rosjanie budowali tamtejsze miasta. O nich się po prostu nie mówi. Nie zdziwię się, jak nagle się dowiem, że np. Kopernik był Ukraińcem.   
Stanisławów, obecnie Iwano-Franskowsk. Potrety banderowców w centrum miasta. W środku sam Bandera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz